wtorek, 9 sierpnia 2016

#19. Synestezje, cz.1



Pierwszy list, który stanowi początek pewnej historii. Tłucze mi się ona po głowie od jakiegoś czasu, dlatego postanowiłam po nią sięgnąć. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. 



Do Ptelomeosa!

Wiesz, że nie wybaczam zdrad. Jestem jednak skłonny zapomnieć o twoim braku lojalności, jeżeli przyjmiesz moją propozycję. 

Zanim jednak odmówisz, albo wystraszony pobiegniesz kłusem do Demeter, Artemidy czy kogokolwiek, kto przyjdzie Ci do głowy, doczytaj mój list do końca, pieprzony tchórzu. 

Jeszcze tego nie wiesz, ale zapewne się domyślasz. Za przekazywanie informacji tej zacofanej bogince na temat mojego królestwa, życia oraz tego wszystkiego, co wydawało Ci się dość interesujące, by trafiło do jej uszu, czeka Cię zapłata. Obiecuję Ci (o tak, naucz się tego fragmentu na pamięć i niech ci kołacze po głowie i pląta między myślami!) szczególną atencję, atmosferę na miarę ogni piekielnych, posiłki doprawiane najstaranniej dobranymi truciznami i opiekę katów, którzy będą cie pieścić jak nikt wcześniej. Podsłuchiwałeś mnie na tyle chętnie, by wiedzieć, że nie rzucam słów na wiatr. Możesz być pewny, że temu, co czeka cię po śmierci, wszystkie te średniowieczne zabaweczki i popiskiwania Inkwizycji, nie dosięgają do pięt. 
Możesz mi wierzyć, przyjacielu. 

Jeśli jednak jesteś na tyle rozsądny i cenisz własny grzbiet, zrobisz to, co napiszę. 

Chcę wiedzieć, co dzieje się z Persefoną na powierzchni Ziemi. 

Będziesz mi donosił o wydarzeniach, których nie mogę być świadkiem, kiedy pakt zawiązany z moim bratem zmusza Persefonę do przebywania z dala ode mnie. Nie ominiesz niczego: 
będę wiedzieć, za czym podąża jej wzrok, czyje nerwy koi jej łagodny głos, a zwłaszcza kto jej towarzyszy. Masz notować ich imiona, przydomki, pesele. Znaki zodiaku też się przydadzą. 
Masz wypisywać, kto kradnie jej uśmiechy i pogrywa z uczuciami. Chcę wiedzieć wszystko! 

Gówno mnie obchodzą trudności. Jesteś zdrajcą z natury, nie powinieneś mieć problemów ze złamaniem słowa danego tej płaczliwej wiedźmie czy mojemu głupiemu bratu, który uważa się za wszechwładne bóstwo. Oni wiedzą, że będę szukał sposobu na kontakt z Persefoną. Spodziewają się, że ktoś przejdzie na moją stronę. Doskonale zdają sobie sprawę, że na powierzchni Ziemi jestem ślepy i szukam oczu, uszu oraz głosu, który powie mojej królowej, że o niej nie zapomniałem. Pytanie, czy spodziewają się, że upadnę aż tak nisko, by pisać do ciebie? 

Przemyśl sobie dobrze moją propozycję. Choć twoje centaurze życie jest długie, to wciąż pozostaje niczym w porównaniu do wieczności, jaka tężeje w Krainie Umarłych. Daję Ci szansę, której nawet Zeus Ci nie podaruje, bo, w brew jego irracjonalnym marzeniom, nie ma tu żadnych praw. To nie groźba, a jedynie obietnica. 

Masz trzy dni na odpowiedź, centaurze. 

Hades


P.S. 
Jeżeli Persefona dowie się o treści tego listu, a także tych kolejnych (nie oszukujmy się, przyjdziesz do mnie z trzęsącymi się kopytami, Ptelomeosie), lepiej dla ciebie, by ziemia stała się płaska i byś spadł poza jej krawędź. W innym wypadku znajdę cię, a śmierć bedzie niedoścignionym marzeniem.




Wiesz dlaczego niektórzy ludzie udają, że nic nie czują?
Bo czują za dużo. I to ich przeraża.

— Charlotte Nieszyn Jasińska




poniedziałek, 25 lipca 2016

Something is coming


Witam z powrotem! 

Wróciłam po długiej sesji letniej, obronie licencjatu i kilku zawirowaniach w życiu prywatnym. Odpoczęłam, wyspałam się za cały maj, czerwiec i pierwszy tydzień lipca, wiec najwyższy czas odświeżyć też mojego bloga. 

Mam kilka pomysłów, wiele rzeczy, które chciałabym wam opowiedzieć i sie podzielić. Zastanawiam się nad nowym blogiem, ale o tym na razie ciii! 

Najważniejsza sprawa: czy ktoś, kto tu zagląda/ przegląda/ czyta itp potrafi robić szablony na blogspot? Marzy mi się taki specjalnie mój, ale sama nie mam czasu (i umiejętności pewnie też) by go wykonać. Jeżeli istniej taka duszyczka, proszę pozostaw po sobie ślad, odezwę się! 

Poza tym jeżeli ktoś chciałby polecić mi swoja twórczość, polecam zakładkę Biblioteka. 

Niedługo wstawię kolejny wpis, także do usłyszenia niebawem! 


So



sobota, 21 maja 2016

#18. Dziennik: Gwiazdozbiory.


To nie przepowiednia, czas niezbyt znaczący, a słowa jak szepty nieusłyszane. 
Zabawne, że opowiedziano tą historie właśnie tego dnia, gdy Słońce, Księżyc i Mars znalazły się w jednej linii. 
Choć nie, to wcale nie jest zabawne. 


Muzyka

Dziewczyna zwierzała się przyjaciółce, że nie umie patrzeć ludziom w oczy. Zrozumiałe.
Każdy czegoś nie potrafi.
Tyle że bać się patrzeć w oczy swojemu rozmówcy musi być ciężko. Mogę sobie wyobrazić, jak ta dziewczyna ucieka wzrokiem, wodzi nim po wszystkim wokół, zatrzymuje go na przystanku autobusowym, a nie na swoim rozmówcy. Na koniec wini za to siebie: nieuprzejma, tchórzliwa, dziwna...
Nie usłyszałam, co odpowiedziała jej przyjaciółka. Sama  powiedziałbym pewnie coś zupełnie nieznaczącego.


Czasem trzeba robić rachunek sumienia i spowiadać się ze zmarnowanych szans. Nie dla kary czy nagrody, ale świadomości.

Opowiedziałabym wiele historii. Jedne o tym, dlaczego gwiazdy nie spadają nam na głowy, drugie oparte na faktach, trzecie składające się jedynie z onomatopei. Czwarte o tym, jak dobrze jest się napić z przyjaciółmi, by następnego ranka obudzić się o dziwo bez kaca, z niesamowitą ulgą w sercu. Piąte o pani sprzedającej obwarzanki na rynku, szóste i siódme...

Zabawne mogłoby się wydawać wiele rzeczy, ale w tym momencie nie mogę sobie przypomnieć żadnej konkretnej, tylko TO uczucie: trochę lepkie, zapychające uszy jak jazda samochodem pod górę, wywołujące  suchość na języku i pragnienie... To pamiętam bardzo dobrze i nie do końca wiem, czy się z tego cieszę, czy może trochę mnie męczy.


Nie ma żadnej przepowiedni, tylko matematyka i fizyka oraz trochę kurzu na ulicy, ale wyszłam na zewnątrz,by patrzeć jak Księżyc, Mars i Słońce tworzą jedną linię. Gdybym miała więcej czasu gdybym była mniej leniwa nauczyłabym się astronomii, nawet jeśli w dzisiejszych czasach nie znaczy ona więcej, jak ciekawa umiejętność mogąca zabawić kogoś w trakcie rozmowy. Jednak wiedza, że gwiazdozbiory są uporządkowane, a my trochę mniej sprawia, że ciekawość nie gaśnie.




Nie przegap tych wszystkich dni między dziś a tym, czego się boisz albo nie możesz doczekać.
-Regina Brett





niedziela, 27 marca 2016

#17.Dziennik: latawce.


Muzyka.

Gdy myślę o przyszłości, w głowie mam dzienniki, które zacznę prowadzić. To rzecz naturalna i nieunikniona, dotąd nie potrafiłam z nich zrezygnować i jestem pewna, że z biegiem lat też nie będę w stanie.

Rękopisy nie płoną*, dlatego mam świadomość, że złożone w starej szafie, za stertą nieużywanych już ubrań i kapeluszy, dzienniki nie znikną. Nie wrócę już do nich, nie otworzę, nie pogładzę kartek. Obawiam się, tylko odrobinę, zapisanych słów tamtej mnie, która jeszcze nie wie, która wciąż czeka i nieprzerwanie układa mapy po niebie. Ta obawa jest całkowicie uzasadniona, bo skoro żaden z nich nie spłonie, słowa ( a w nich zamknięte zaklęcia -nadzieje) nie odrodzą się, nie powrócą w lepszej formie czy w jakiejkolwiek innej.

Ukradkiem zrobiłam mu zdjęcie i schowałam pod poduszką.

Szepcząc pacierze nocą, szepczę i jego imię, opisuję kolor oczu, naśladuję jego ruchy warg i zaciskam powieki, by słowa, mamrotane nocą, nie podzieliły losu tych zapisanych w coraz to nowych dziennikach. Marzę, by jego imię, wymruczane pośpiesznie, przebyło drogę modlitw, uciekło jak pasma pajęczyny przez okno, w noc i dotarły do Boga, nigdy do mnie nie wracając.
Nie chcę ich, nie ma dla nich miejsca w głowie pełnej codzienności, pośpiechu i adrenaliny. Modlitwy są jak ogień, słowa uciekające z ust to płomień- by je zapamiętać trzeba powtarzać, powtarzać i powtarzać bez końca. Ogień potrzebuje tlenu do życia. 

Obawiam się, tylko odrobinę, słów szeptanych tuz przed snem, na które nie mamy miejsca: ja i on, myślę również, że Bóg chyba też. Tylko poduszka przyjmuje je całą sobą jak troskliwa matka.

Gdy wietrzę pościel, zdjęcie wypada na podłogę. Ginie pod łóżkiem niezauważone. Nim pod nie zajrzę, pokrywa się kurzem, a nawet pajęczyną. Matowieje od światła, które jakimś cudem dosięga jego jego fragmentu.  Gdy je wyciągam i gładzę rozjaśniony brzeg, myślę, że powinnam je schować jak dzienniki: do starej szafy, do pudełka po butach, pod najbrzydszym kapeluszem. Nigdy do niego nie wracać. Ono i tak by nie zniknęło.

Potem jednak widzę na nim pajęczynę, która przylega do opuszek palców jak szron do okna i myślę, że skoro modlitwy mają być jak babie lato, skoro należą do Pana w Niebie, są jak ogień dający wytchnienie... To dlaczego tak się boję?

Gdyby ktoś kiedyś zajrzał do szafy i znalazł za stertą ubrań i kapeluszy dzienniki pochowane w kartonach, może by je przejrzał. Rękopisy nie płoną*, uczucia nie więdną, ludzie nie potrafią czytać w myślach i przewidywać przyszłości. Dlatego na ostatniej stronie ostatniego dziennika przykleję zdjęcie. Opiszę uczucie, które żywiłam do tamtego mężczyzny. Opowiem, co się wydarzyło, gdy przestałam się zastanawiać, rozważać i obawiać.
Do tego dziennika może wrócę.


*M. Bułhakow Mistrz i Małgorzata





Rodzi­my się ze wszys­tkim, cze­go nam trze­ba do szczęścia i spełnienia. 
Ale gdy świat zaczy­na nas prze­rażać, roz­mieniamy się na ka­wałki,
 aby zażeg­nać niebez­pie­czeństwo. 
To rodzaj wy­miany: nie chcesz się bać, re­zyg­nu­jesz z części siebie.
 Od­da­jesz swoją god­ność, dumę, od­wagę... 
Po co ci god­ność, jeżeli żyjesz w ciągłym lęku? 
Więc poz­by­wasz się jej - na ra­zie.
 Później żałujesz, gdy oka­zują się potrzebne.

- Zakochany duch J. Carroll

niedziela, 28 lutego 2016

Nieustraszoność cz. I.


Opowieść o dziewczynie o siwych włosach, która w mgliste poranki karmiła kruki.

Muzyka



 My, kłamcy i ludzie sukcesu znamy strach najlepiej. Niby z jakiego innego powodu ludzie tacy jak my nieustannie potrzebują masek, sztuczek i nieprzebranych kolekcji sekretów?
(...) Oczywiście innego niż czysta zabawa.

-Of Liars’ Gifts, and Gifted Liars



CZĘŚĆ I:Sny zwycięzców 

Poranki Elizy były pełne rytuałów. 
Odłożenie na półkę książki, z którą usnęła. Rozplecenie warkocza palcami jeszcze niezdarnymi, ruchami trochę chaotycznymi, ale po chwili odnajdującymi schemat splotu. Zaparzenie kawy z dwoma łyżeczkami cukru i mlekiem. Zabranie z lodówki kilku mandarynek, które poza sezonem smakowały mało apetycznie, chyba że miało się szczęście i tym razem kupiło się te słodkie i bez pestek. Wypicie parzonki przy parapecie.
Były poranki, kiedy Eliza mogła w spokoju pic łyk po łyku tą swoją kawę i spoglądać na miasto rozmyte w szarości. Jesień była już nieodwołalna, a ona zaakceptowała jej obecność na długo przed pierwszymi mgłami i przymrozkami.

Ostatnim rytuałem było chodzenie wcześnie rano po pieczywo do pobliskiej piekarni. Robiła tak ostatnio coraz częściej.Musiała przejść przez stary park, który rósł pomiędzy jej osiedlem, a dalszą częścią miasta. Miał swój urok, z wiecznie zielonymi świerkami i właśnie czerwieniącymi się klonami tłumił odgłosy miasta. Zwłaszcza rano, gdy w jesienne poranki tłoczyła się w nim mgła. 
Kiedy wracała z zakupami, Eliza nauczyła się przysiadać na jednej z parkowych ławek. Otulała się wtedy szczelniej płaszczem i oparta wygodnie patrzyła przed siebie. Czekała. 
Nie powinna na tego robić. Nie życzył sobie tego On, jej znajomi i wszyscy pozostali pewnie też, gdyby się o tym dowiedzieli. 

O poranku  myśli  znacznie łatwiej ujarzmić, a zwłaszcza zaakceptować. Siedząc tak na tej parkowej ławce i marznąc Eliza starała się wymyślić, jak zmusić Go do współpracy. Była pewna, że sprawi jej to niesamowicie wiele trudności. Podsłuchała na tyle rozmów, by wiedzieć, że ten mężczyzna nie należy do  pomocnych. 

W trakcie tych rozmyślań podchodziły do niej kruki. Od jakiegoś czasu się jej nie bały i w dziwny sposób zaakceptowały cichą postać Elizy pojawiającą się wcześnie rano.  Rzucała im kawałki bułki, które one rozdzielały ostrymi dziobami na kawałki. 
Od jakiegoś czasu także i Eliza przestała się ich obawiać, przywykła do ponurych pokrakiwań i świdrujących oczu, w których wcześniej widziała jedynie chęć przepołowienia czaszki na pół i rozszarpania mózgu. Na szczęście rozstawała się już z przesądami i głupimi strachami. 

Poranki były mroźne, ręce drętwiały, a oddech uciekający z ust przypominał pasma mgły, która niezmiennie czaiła się miedzy starymi drzewami. Zwykle wtedy pojawiał się On. Najpierw słyszała uderzanie laski o kamienną ścieżkę. Ten dźwięk z początku denerwował ptaki, krakały ostrzegawczo, unosiły ciężkie skrzydła demonstrując swoją siłę intruzowi. Nie podobał im się głuchy stukot, ale z czasem poprzestały jedynie na unoszeniu czarnych główek, zwracając te swoje ostre dzioby jak kompas w Jego stronę. 


Szedł powoli, a miarowy rytm Jego ociężałych kroków i laski przypominał rytm unoszenia się klatki piersiowej. Czasem Eliza miała ochotę zamknąć oczy i czekać, aż ten dziwny dźwięk ucichnie tuż przy jej skulonej na ławce postaci, kiedy się do niej przysiadzie. 


Odnalazła Go kilka tygodni temu i od tamtego czasu Jego zachowanie względem niej nie stało się bardziej przyjazne niż na początku. Pamiętała, że był to ranek o wiele mniej chłodny i odpychający od tych jesiennych. 


W końcu stukot laski ucichł, a On usiadł na ławce obok niej z cichym westchnieniem. Kruki zakrakały głośno jakby na przywitanie dreptając między drzewami. Eliza zerknęła na Jego pochyloną ku przodowi sylwetkę, złożone na lasce ręce jak do modlitwy. Ubrany w ciemny płaszcz i szalik otulający Jego szyję patrzył przed siebie. Oddychał cicho, a z ust uciekały mu kłębuszki pary, ciemne włosy wpadały mu do oczu, a blade policzki były lekko zaróżowione. 


-Nie mam pojęcia, jak chce ci się wstawać dzień w dzień tak wcześnie- mruknął nie zmieniając pozycji.- O siedzeniu na tym mrozie nie wspomnę. 


Eliza wzruszyła ramionami sięgając po kolejną bułkę z i rozerwała ją na kawałki. 


- Mam w tym interes- odparła rzucając jednocześnie pieczywo w stronę ptaków, które powitały to cichym pokrakiwaniem. 


Usłyszała zirytowane westchniecie i nie potrafiła się nie uśmiechnąć. Jakiś czas temu zauważyła, że irytowanie Go to niezwykle ciekawe zajedzie, a przede wszystkim niezbyt pracochłonne. 


- Nie odpuścisz?- warknął pochylając się bardziej do przodu niemal chowając twarz między rękoma.- Nie wiem, kto ci naopowiadał podobnych bajeczek,ale ewidentnie robi z ciebie idiotkę. Zresztą pewnie nią jesteś, skoro do tej pory... 


- Niezłe zagranie- przerwała mu spokojnie rzucając od czasu do czasu kawałki bułki.- Szkoda tylko, że oboje wiemy, że mam rację. Widziałam to na własne oczy,nie potrzebuję więcej dowodów. W dodatku popytałam tu i tam i, jak możesz przewidzieć, parę osób wskazało na ciebie.


Eliza słyszała, jak jej towarzysz warczy pod nosem przekleństwa, ale nie miała zamiaru tego komentować. Niech się złości do woli, dla niej to nawet lepiej. Liczyła na to, że wyprowadzając go z równowagi dopnie swego. Innego planu niestety nie miała. 

- Jak długo zamierzasz za mną łazić?- powiedział ledwo tłumiąc złość. Wyprostował się nagle i spojrzał na nią groźnie.- Powiedziałem już, że się tym nie zajmuję, a ty, jak jakaś smarkula, jesteś wszędzie! Łazisz za mną, zaczepiasz, a teraz nawet  widzę cię, kiedy idę do pracy. Wiesz, jak zaczynasz mnie tym wkurwiać? 


Był rozzłoszczony, Eliza widziała to w Jego zielonych oczach iskrzących się niebezpiecznie. Mrużył je, zaciskał gniewnie usta i czekał, myśląc zapewne, że to ją wystraszy i załatwi sprawę. Przeliczył się.


- Myślę, że do skutku, dlatego, skoro moja obecność cię irytuję... 


- Cóż za niedopowiedzenie! 


-... Powinieneś mi pomóc, a nie udawać wielce zapracowanego, albo nieświadomego tego... 


- Posłuchaj- powiedział zwodniczo spokojnym i cichym głosem odwracając się w jej stronę całym ciałem.- Po pierwsze jestem zapracowany jak cholera. Po drugie mogłaś sobie coś tam widzieć, ale robić to zupełnie co innego. Taka delikatna dziewczynka jak ty nie powinna igrać z ogniem. 


Eliza nie zdołała ukryć krzywego uśmiechu patrząc mu prosto w oczy. Dziewczynka? Dobre sobie. Był co najwyżej kilka lat starszy od niej, tym protekcjonalizmem mógł się udławić, ale najpierw miał jej pomóc. 


- To, co powinnam a czego nie, to nie twoja sprawa. Proszę cie o pomoc i to nie za darmo, nie rozumiem więc twojego oporu. 


Prychnął po raz kolejny opierając plecy wygodnie o ławkę, patrząc przed siebie. Eliza zrobiła to samo, karmiąc ptaki dalej. Postanowiła dać mu chwilę na przemyślenie i podjęcie decyzji. Nie miała wątpliwości, jaka ona będzie, widziała kruszejący opór i chęć uwolnienia się od niej. Ukryła uśmiech zwycięstwa za swoimi długimi, jasnymi włosami. 


Miasto obudziło się już do życia, chociaż mgła cały czas spowijała stary park. Powinna iść zaraz do pracy, wrócić do obowiązków i życia, w których nie było miejsca na tajemnice, które chciała mu wydrzeć. Sięgając po ostatni kawałek pieczywa zauważyła, że nie tylko kruki dokarmia, choć były w zdecydowanej większości, przeganiając mniejsze ptaki. 


- Dobrze, że skończyły się czasy polowań na czarownice, bo ktoś by jeszcze pomyślał, że we mgle rzucasz uroki na te ptaszyska- mruknął po dłuższej chwili milczenia. 


Eliza uśmiechnęła się lekko. 


- Skąd masz pewność, że te ptaki już nie są zaczarowane?- spytała rzucając kawałki bułki na trawnik przed ławką.- Może dlatego tu przychodzę niemal każdego rana? No wiesz, w tej bułce jest trutka, która ma utrzymać czar do końca świata...


Prychnął rozbawiony, wyjmując z kieszeni kilka żołędzi.


- Do końca świata, mówisz? To strasznie długo, kogo chcesz tak bardzo ukarać, czarownico? - ironizował z kpiącym uśmiechem rzucając przed siebie żołędzie.- Nie wiedziałem, że spółkujesz z właścicielem piekarni ... Szkoda, lubiłem ich pączki.  


-Dramatyzujesz- odparła podejmując grę.- Właściciele wiedzą, komu mają sprzedawać zatrute pieczywo i spokojnie, Ty nie jesteś na liście. 


Na razie dodała rozbawiona w myślach. 


Złośliwy uśmieszek poszerzył się na Jego bladej twarzy, słysząc głupoty,jakie Eliza wygaduje.


- No wiec?  Kogo karzesz tak okrutnie? 


- To nie jest kara- tłumaczyła rzucając kawałki bułki, którą kruki przestały się interesować za sprawą żołędzi.- Zakładasz, że byłabym zdolna do uwięzienia człowieka w takiej postaci? Nie, nie mam aż tak znienawidzonych wrogów. 


- Wiec co? Więzisz w ciele kruka przyjaciela? 


- I tak i nie. 


- Odpowiedz. Nie baw się ze mną w gierki.


Spojrzała na Niego marszcząc brwi, zdziwiona Jego tonem. 

- A dlaczego nie? Ty ze mną pogrywasz jak tylko się da. 


Prychnął po raz kolejny, a powietrze, które uciekło z Jego ust zamieniło się w parę. 


- Przejmujesz się tym?- zapytał uwodzicielskim głosem.- Nie wiedziałem. 


- Chyba kpisz- odparła odrobinę zakłopotana, co starała się ukryć.- Oczywiście, że się tym nie przejmuję. Nie mam jednak zamiaru być fair, gdy ty kombinujesz jak tylko się da. 


Przyjrzał jej się uważniej roziskrzonymi oczyma.


- Oczywiście, że się przejmujesz. Ale dobrze, niech ci będzie, sekret za sekret. Co chcesz wiedzieć? 


Spojrzała na Niego zaintrygowana, ale zaraz odwróciła wzrok. Kpił z niej, było to widać w całej Jego postawie, tym jak uśmiechał się wymownie i przekrzywiał głowę. 


- Masz mnie za naiwną idiotkę, nie będę grać według twoich zasad. 


-Przecież to uczciwe zasady- żachnął się postukując laską przy nodze.- Spójrz, ty mnie o coś spytasz, ja zrewanżuje się tym samym.  Nie da się kantować. Obiecuję nie skłamać. Zadaj pytanie, Elizo.


Zerknęła na niego skuszona łagodnym głosem. Pogrywał z nią, ale ona robiła dokładnie to samo, wiec nie było o co się obrażać.  


- No dobra... Jak masz na imię? 


Spojrzał na nią, jakby naprawdę była kompletną idiotką. 


- Poważnie o to spytałaś? Zmarnowałaś pytanie. Wiesz, że... 


- Nie! Widzisz, już chcesz mnie okłamać- przerwała mu z wyrzutem patrząc mężczyźnie w oczy.- Wiem, że nie nazywasz się Filip, sprawdziłam- Widząc Jego zmarszczone brwi dodała szybko.- Nie ważne gdzie.


Mierzyli się chwile wzrokiem. Oczywiście, że mu się nie podobało, że węszyła wszędzie, gdzie tylko się dało, siejąc przy tym wszechogarniający zamęt. Wypomniał jej to już na początku, wściekły, że wciska nos w nie swoje sprawy i wzbudza swoją osobą zainteresowanie zdecydowanie nieodpowiednich ludzi. Zresztą, według Niego jej ciekawość też była absolutnie niewłaściwa i niebezpieczna, więc siłą rzeczy Eliza nie przejmowała się tym.

- Wiec jak? Kontynuujemy grę?- spytała słodkim głosem, rzucając wyzwanie.

  
Nie wiadomo czemu uśmiechnął się łagodnie, niemal uwodzicielsko lustrując ją uważnie wzrokiem. Ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby właśnie godziła się przekroczyć jakąś niewidzialną granicę, której nie powinna naruszać. 

- Jesteś zabawna... Mów mi Tom. 


Zerknęła podejrzliwie na Jego twarz szukając kłamstwa wypisanego na bladym obliczu. 


- Kolejne zmyślone imię? 


Wzruszył ramionami. 


- Sprawdź to w tym samym źródle, co poprzednio. 


Nie wiedząc czemu, zarumieniła się. 


- Dlaczego podałeś mi fałszywe? 


Pokręcił głową uśmiechając się kpiąco. Oparł wygodnie swoje przedramiona na lasce. 


- Nie Elizo, teraz moja kolej- stwierdził, a przydługie włosy wpadały mu w oczy.- Czemu masz siwe włosy? 


Zdziwiona tym pytaniem mimowolnie złapała długi kosmyk miedzy palce. Przyjrzała się mu przez moment. Czuła wzrok mężczyzny na sobie, jakby odpowiedź naprawdę Go ciekawiła. 


- To przydługa i nudna historia- mruknęła uśmiechając się lekko.


-Jeżeli się pospieszysz, to może nie spóźnimy się do swoich prac i nie dostaniemy zapalenia pęcherza siedząc na tej cholernej ławce. 


Uśmiechnęła się szerzej na ten komentarz. Zerknęła na zegarek i faktycznie nie mieli zbyt wiele czasu na pogawędkę. 


- Takie włosy mam odkąd pamiętam, choć nie jest to mój naturalny kolor. Były ciemne, prawdopodobnie takie jak twoje. Podobno gdy byłam bardzo mała, zniknęłam na kilka godzin w domu mojej babci. Opiekowała się mną, kiedy rodzice byli na nocnym dyżurze w szpitalu. Sama tego nie pamiętam, wiem tylko tyle, że w końcu babcia mnie znalazła śpiącą w jakimś pokoju na fotelu. Kiedy mnie zobaczyła, podobno prawie zeszła na zawał, bo moje włosy były tak samo siwe jak jej. Nikt tego nie mógł wytłumaczyć, ani ona, ani rodzice-lekarze. Od tamtego czasu ciemny kolor nigdy nie wrócił, a ja nie mogę się pozbyć wrażenia, że taki pozostanie do końca. 


Nagle dostrzegła rękę Toma, który chwycił jeden z jej długich kosmyków miedzy palce. Zamarła, patrząc jak przesuwa go między palcami i pociera opuszkami palców. Był skupiony, jakby badał coś niezwykle ciekawego, a Eliza nie mogła oderwać od tego widoku wzroku. 


- Nie pamiętasz, co się działo, kiedy zniknęłaś w domu swojej babci?- spytał cicho bez przerwy gładząc kosmyk, jakby nie zdawał sobie sprawy, że mogłoby ją to krępować. 


- Nie- szepnęła, prostując się, a jej włosy wysunęły mu się z pomiędzy palców. Podniósł na nią wzrok, a w  zielonych oczach Toma błyszczała ciekawość, której nie potrafił ukryć.- Myślę, że byłam zbyt mała, by to zapamiętać.


Eliza nie obiecywała, że nie bedzie w tej grze kłamać. Tak po prawdzie jej odpowiedź nie była nawet łgarstwem. Po prostu zataiła pewne informacje, może bardziej przeczucia. Nie musiała mu przecież mówić, że czasem śnią jej się dziwne rzeczy, które są w stanie  nawet odebrać oddech, jeżeli w porę się nie obudzi. Nie, Tom nie musiał o niczym takim wiedzieć. 

Zdawało się jej jednak, że mężczyzna przeczuwa jej nieczyste zagranie. Patrzył na nią spod lekko zmarszczonych brwi, wystukując swoją laską dziwnie natarczywy rytm i nawet kruki przyłączyły się do Niego, pokrakując złowieszczo. 


- Moja kolej- powiedziała nieco zbyt szybko, co wywołało krzywy uśmiech na twarzy Toma.- Dlaczego nie chcesz mnie uczyć? 


Milczał przez chwilę opierając się wygodniej o ławkę i otulając szczelniej płaszczem.


- Nikogo nie uczę- mruknął.- Nie wiem, ile razy mam to powtarzać. Mogę jedynie, co najwyżej, w drodze absolutnego wyjątku... 


- I po co tyle słów? - Eliza przerwała mu zirytowana.- Domyślam się, jakie masz o mnie zdanie, ale uwierz proszę, nie jestem upośledzona i rozumiem, co się do mnie mówi. 


Tom uśmiechnął się złośliwie, rozbawiony. 


- Doprawdy? Dziwne, bo żadnej z moich odmów nie zrozumiałaś. Jak mówiłem, zanim mi przerwano, nikogo nie uczę, czasem udzielam pomocy, kiedy nie mam innego wyjścia.- Spojrzał na nią wrogo, widząc jej zwycięski uśmiech.- Irytująca baba. 


Eliza zacmokała rozbawiona. 


- Ta kurtuazja jest zbędna, wystarczy twoja zgoda. 


Tom wypuścił powietrze przez nos. Spojrzał na zegarek zmęczonym gestem, jakby rozmowa z nią wyczerpała jego siły na resztę dnia. 


-Nie wiem jak ty, ale ja będę musiał iść do pracy i liczę na to, że skończyłaś nękanie na dziś. 


Eliza wzruszyła ramionami również sprawdzając godzinę. Za piętnaście minut powinna być w pracy.


- Jeżeli tylko się zgodzisz, to masz to zagwarantowane. W innym przypadku nie obiecuję... 


- Już dość. Wiem to doskonale, wiec nie strzęp języka- warknął zirytowany.- Zgodzę się ci pomóc, cholernie irytująca dziewczyno, ale najpierw powiedz mi, czy znasz jakąś bajkę? 


Eliza spojrzała na Niego nierozumiejącym wzrokiem pewna, że się przesłyszała. Tom jedynie uśmiechnął się rozbawiony, pocierając zmarznięte ręce. 


- Tak, tak, dobrze usłyszałaś. Opiekuje się dziś dzieciakiem znajomej, bo ma nocną zmianę i coś czuję, że jakaś mi się przyda. 


- A co, nie znasz żadnej? -spytała wciąż zdziwiona, ale i rozbawiona Jego zakłopotaną miną, którą udało się jej wywołać. 


Tom popatrzył na Elizę pochmurnym wzrokiem, świadomy, że się z Niego nabija. 


-Gdybym znał, to bym cię o żadną nie pytał. Więc jak? Nie mam całego dnia.


- Daj mi chwilę- powiedziała, starając się stłumić rozbawienie, by więcej Go nie denerwować.- Jedną baśń mogę ci opowiedzieć. Znam ją od babci. Nie ma tam kruków,są za to dzikie łabędzie. Dokładnie jedenaście. Tymi dzikimi łabędziami byli królewicze, których okrutna macocha zamieniła w ptaki, by mieć łatwy dostęp do tronu. Jako łabędzie nie mogli jej zagrozić, zwłaszcza że kontrolowała czar. Bracia mieli jednak siostrę, która dowiedziawszy się, co ich spotkało, postanowiła złamać czar. Żeby tego dokonać, trzeba było upleść dla każdego księcia koszulę z dzikich pokrzyw, rosnących na cmentarzu i do czasu wykonania pracy dziewczyna nie mogła powiedzieć ani słowa. Właśnie te koszule i milczenie sprowadziły na nią kłopoty. Posądzono ją o czarną magię, wiesz? O rzucanie uroków, knucie spisków i tym podobnych, a na takie zachowanie było tylko lekarstwo. Dzisiaj nawet mi nim groziłeś- Eliza wypomniała mu uśmiechając się lekko sama do siebie, nawet na Niego nie patrząc. - Chciano spalić ją na stosie. Bano się jej domniemanej magii. Nikt nie przypuszczał, że jej czyny mogą nieść za sobą ratunek. Najłatwiej pomyśleć, że czary rzucane są tylko z myślą o szkodzie... 


- Ty tak nie myślisz?- przerwał jej znowu, a Eliza drgnęła lekko, wciąż nie zerkając na Toma, wpatrzona w kruki drepczące między drzewami w rzednącej powoli jesiennej mgle.. 


- Czasami...Staram się myśleć, że nie wszystko jest białe albo czarne. 


Tom wyglądał, jakby jej odpowiedź nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.


- I co było dalej? 


Wzruszyła ramionami. 


- Nic wielkiego- powiedziała cicho- Do końca plotła te koszule. Możesz sobie wyobrazić jej ręce? Musiały być cale w pęcherzach, piekły i swędziały. Będąc na stosie, który już podpalano, księżniczka dokończyła pracę i zarzuciła koszule na łabędzie. Od razu zamieniły się one się z ptaków w przystojnych królewiczów. Wtedy wszystko wyszło na jaw: okrucieństwo macochy, wspaniałomyślność i czyste serce najmłodszej siostry. Każdy, kto zasłużył, dostał szczęśliwe zakończenie. 


- Księżniczka wyszła za mąż za króla jakiejś krainy, tak? 


Eliza zaśmiała się cicho.


- Dokładnie tak. Macoch zastała spalona na stosie, każdy z braci dostał kawałek królestwa, a dziewczyna odnalazła szczęście z jakimś tam innym arystokratom. 


Eliza zamilkła na chwilę, zerkając na Toma. 


-Jednak... Jednak wiesz, co ja bym dodała do tej historii? 


Dostrzegła cień uśmiechu i pytające spojrzenie.  


- Nie mam pojęcia. 


- Takie przygody nie kończą się bez blizn. Kiedy wyobrażam sobie tą historie razem z jej zakończeniem, widzę uśmiechniętą parę królewską, sprawującą dobre i sprawiedliwe rządy. Byli jak malowani: piękne stroje, dostojna postawa, ale gdybyś się przyjrzał lepiej, dostrzegłbyś rękawiczki na rękach królowej.Niby nic, ale tak naprawdę nigdy się z nimi nie rozstaje, materiał sięga aż do łokci. Potem, gdybyś tylko chciał, zastanawiałbyś się, dlaczego je nosi. Powiem ci wiec, że skrywają one tajemnicę. Królowa bowiem nigdy nie pozbyła się pęcherzy na rękach po upleceniu jedenastu koszul z pokrzyw cmentarnych. Blizny i deformacje sięgają przedramion, często ropieją, niemal zawsze swędzą, a czasem można o nich zapomnieć. Królowa nie chce, by je oglądano. Rękawiczki zdejmuje niekiedy przy mężu, nigdy przy dzieciach. Nikt nie wie o cenie zdjęcia klątwy. Królowa wie, że ludzie się boją cierpienia i poświecenia, a zwłaszcza bohaterstwa, choć każde z nich podziwiają z zapartym tchem. Nie chce być męczennica, ale zwycięzcą. Nie chce być żałowana. W końcu sama chce myśleć, że po walce dobra ze złem jest nagroda i kara dla odpowiednich stron, a nie po trochu dla zwycięscy i przegranego. 


Zamilkła, nie mając nic do dodania. Tom również nie odezwał się słowem, jakby wciąż analizował opowiedzianą przed momentem bajkę dla dziecka. Ta cisza między nimi była dziwna, ale nie niezręczna. Wypełniona pokrakiwaniem i hałasem z ulicy. 


- Może być?- spytała w końcu zerkając na Niego spomiędzy swoich siwych włosów. 


Tom skinął głową, a nikły uśmiech błąkał mu się na ustach. 


- W sam raz, dziękuje- powiedział łagodnie. 


Eliza przyglądała mu się z uwagą, bo po raz pierwszy czuła, że rozmowa z tym mężczyzną nie jest kłótnią, rywalizacją czy jakąkolwiek manipulacją. Trzymając obie dłonie złożone na lasce, wystukujące ledwo słyszalny rytm, Tom patrzył na nią zaciekawiony. Przyglądał się jej zmrożonymi oczyma, z cieniem uśmiechu błądzącego w kącikach ust, a Eliza nie mogła pozbyć się wrażenia, że oto coś się stało i od razu jej umknęło. Miała przeczucie, że jakieś role się odwróciły, granice zatarły a deklaracje nabrały mocy właśnie w tym momencie. Nie potrafiła tylko sprecyzować, czego dokładnie dotyczyły i to powodowały ciarki na przedramionach kobiety.  



- Ominę chyba, jeśli pozwolisz, fragment o niewygojonych pęcherzach na rękach królowej- dodał Tom, wstając z zadziwiającą gracją. Oparł się o laskę patrząc na Elizę wymownie.- Dzieciak może zadawać potem za dużo pytań. A teraz śpieszę się do pracy, wiec jeśli pozwolisz... 


- Oczywiście- odparła Eliza również wstając. Wiedziała, że mężczyzna chce jak najszybciej uwolnić się od niej, ale ona nie miała zamiaru dać za wygraną.- Jak rozumiem mam twoją zgodę.Pomożesz uwarzyć mi ten eliksir?


Tom westchnął po raz kolejny, bardziej zmęczony niż zdenerwowany. Wolną ręką potarł oczy, jakby upór Elizy naprawdę źle na Niego działał. Już nawet jej nie upominał za użycie tak niepoprawnych, według Toma, określeń.


- Chyba nie mam innego wyjścia, inaczej się od ciebie nie uwolnię, prawda Elizo?- wypomniał jej, a ona, patrząc w te Jego zielone oczy, nie umiała doszukać się żadnego wyrzutu a jedynie cichą zgodę.- Tylko ten jeden raz, pamiętaj! 


To powiedziawszy odwrócił się do niej szybko plecami. Ruszył pośpiesznym krokiem w swoją stronę, jakby nie mógł znieść faktu, że w końcu uległ jej namowom. Eliza nie umiała powstrzymać szerokiego uśmiechu, patrząc na wysoka sylwetkę oddalającą się coraz bardziej. Zbagatelizowała wcześniejszy niepokój, nie odrywając wzroku od pleców Toma. Dźwięk laski stukającej o chodnik i pokrakiwanie kruków jeszcze długo dźwięczało jej w uszach i po raz pierwszy brzmiały one jak hymn triumfu i zwycięstwa.





niedziela, 7 lutego 2016

#16. Rywalizacje.

Muzyka

J.

Medycyna to nie jest, ale pomagam ludziom. Tak sobie mówię, gdy czytam kolejne podręczniki, robię  notatki i sterty fiszek, powtarzając bez ustanku materiał.

Wiem tylko tyle, że Ty tak na pewno nie mówisz. Nie obchodzi Cie medycyna, a nawet te nasze studia. Takie wyciągam wnioski, gdy nie widzę Cię nigdy z notatkami, gdy w ostatniej chwili przygotowujesz się do kolokwiów albo spóźniasz się na zajęcia kliniczne w szpitalach. Patrzę wtedy na Ciebie J. i zastanawiam się, co Ty tu robisz. Wyglądasz jak ktoś wycięty z innego życia i przyklejony taśmą samoprzylepną do tego naszego.
Wiesz, znosisz to o wiele lepiej ode mnie.

Nie cierpię tej Twojej arogancji, J. Nie angażujesz tak bardzo, a i tak wyniki masz lepsze niż ja. Wtedy te moje fiszki z chorobami są komiczne, niemal dziecinne, a ja sama kurczę się przy Tobie, znowu śmieszna i żenująca. Co mi pozostaje? Kolejna kąśliwa uwaga w Twoją stronę, odwrócenie się plecami i mamrotanie pod nosem haseł:


...Wykonywana w czasie zabiegów neurochirurgicznych
rejestracja czynności wzgórza, wykazała obecność rytmicznych wyładowań, które
były skojarzone z drżeniem. Przypuszcza się, że oscylator wzgórzowy tworzy...


Choć mówię, jaki to jesteś głupi, to nie musisz brać sobie tego do serca. Wiem, że jesteś inteligentny i bystry. Świadomość tego czasem mnie denerwuje zwłaszcza, gdy uśmiechasz się tak lekceważąco i  z łatwością odpowiadasz na pytania, nad którymi ja pewnie  długo bym się zastanawiała.

Nie, wcale Ci nie zazdroszczę. Po prostu nie mogę pogodzić się z myślą, że jestem gdzieś za Tobą w istniejącym tylko w mojej głowie rankingu, skoro nie wkładasz w to żadnej pracy.

Wiedza ucieka jak woda przez palce, gdy jej nie powtarzam. Kiedy przestaję czytać, odchodzę myślami gdzie indziej, zapominam o neuroprzekaźnikach w mózgu i objawach klinicznych cukrzycy typu 1.

Przed egzaminami dogryzamy sobie nawzajem. Nasi znajomi mówią, że zachowujemy się jak przedszkolaki. To dziwne, ale nie umiem z tego zrezygnować. Nie potrafię Ci odpuścić,kiedy kpisz z mojej wiedzy, kiedy sugerujesz zabranie się w końcu do nauki, bo moje oceny są śmieszne... Tylko mi to mówisz J., dlatego nie rezygnuje z tego wyzwania i traktuje Cię dokładnie tak, jak Ty mnie: podważam Twoja inteligencję, żartuję z umiejętności. Przed nikim się do tego nie przyznam, Ty pewnie też tego nie zrobisz i jestem Ci za to wdzięczna: te kłótnie najlepiej nam wychodzą, tylko tak możemy ze sobą rozmawiać.

Czasem nie mogę doczekać się konfrontacji z Tobą, J.

Nie wiem wszystkiego, wielu rzeczy nie potrafię zrobić, ale odbywając praktyki w szpitalu zauważyłam, że jestem uparta. Będę dalej robić sterty fiszek, czytać medyczne podręczniki i słuchać Twoich kpin,ale prawda jest taka, że taką drogę sobie wybrałam sama. Ciężko przyznać mi się do przegranej. Upór to moja najgorsza i zarazem najlepsza cecha.
Radzę Ci to zapamiętać, J. Tak na przyszłość.

Do zobaczenia w kolejnym semestrze,






Każdy powinien mieć ko­goś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiado­mo jak dziel­ny, cza­sami czu­je się bar­dzo sa­mot­ny.
- Komu bije dzwon  E. Hemingway