środa, 30 września 2015

Czarny kot, Zima i stary dom.




To opowiadanie, które tu znajdziecie, wysłałam na konkurs rok temu.
Dzięki niemu udało mi się zająć II miejsce! Wiem, dla mnie to też niewiarygodne, nawet po upłynięciu tego czasu. Postanowiłam się nim z Wami podzielić. 
To opowiadanie jest dla mnie niezwykle ważne i cenne. Wyszło tak, jak chciałam i mam nadzieje, że spodoba się i Wam. 
Zainspirowały mnie do niego dwie rzeczy: 
przede wszystkim zdjęcia cudownej Laury Makabresku i piosenka, która jednocześnie stanowi podkład utworu i wg mnie idealnie się z nim komponuje Agnes Obel- The Curse (Berlin Live Session). 
Zapraszam do przeczytania.
                                                                                                     

Typ: baśń, trochę realizmu magicznego
Fandom: brak
Powód: koty, klątwy i decyzje
Bohater: własny, AU
Muzyka



Po wszystkich tych latach widzę, że na początku myliłem się co do Ewy. Lepiej żyć z nią poza Ogrodem, niż w Ogrodzie bez niej(...). 



Na grobie Ewy. ADAM: Gdziekolwiek była ona, t a m był raj. 


-Pamiętniki Adama i Ewy Mark Twain.



                 Działo się to w czasach, gdy jeszcze wierzono w magię. W małej wsi zamkniętej przez las, wierzono, że pory roku mają duszę daną przez Pana Boga. By żyć w dostatku i spokoju trzeba było ofiarować im coś, by nie nękały mieszkańców kataklizmami i głodem. Płacono w sposób prosty. W czasie równonocy wiosennej pleciono wieńce i latawce, puszczano je tak, by wciąż zimny wiatr poniósł je jak najwyżej, w głąb ołowianych chmur. Jesienią, gdy dzień równał się z nocą, mieszkańcy wypuszczali na wolność dzikie zwierzęta schwytane w lesie. W czasie przesilenia letniego palono ogniska przesycone aromatem wonnych sosen, by podziękowania i ciche nadzieje wraz z dymem wzniosły się aż do samego nieba . Nie płacono tylko Zimie. Wierzono, że w czasie najmroźniejszej nocy sama przychodzi i zabiera ze sobą tego, kto jej się spodoba, za świadka mając jedynie księżyc.


***
                Na skraju lasu mieszkał Drwal. Był znany ze swej pracowitości, a także tego, że zbiegiem lat miał coraz słabsze serce.  Był wdowcem, jego żona umarła przy porodzie ponad dwadzieścia cztery lata temu, pozostawiając po sobie córkę. Ludzie we wsi mówili, że była to bardzo piękna kobieta, o włosach długich i jasnych jak włókna lnu, dźwięcznym głosie i oczach barwy chłodnego, zimowego nieba. Mówiono również, że umarła w czasie najmroźniejszej nocy, jaką dotąd pamiętano.  Niektórzy szeptali, że Zima pozazdrościła jej urody. Zostawiła jednak dziecko, dziewczynkę, którą ojciec pokochał całym prostym sercem. Pomagano pogrążonej w żałobie rodzinie przez wzgląd na starą znajomość, współczucie czy zakrapianą ciekawością powinność, gdyż wierzono, że żona Drwala stała się okupem Zimy.
                Przyglądano się przez pierwsze lata uważnie, jak dziewczynka dorasta. Szybko stało się jasne, że córka Drwala nie odziedziczyła oszałamiającej urody matki. Nie miała lśniących w słońcu włosów, delikatnej cery, czy uśmiechu, który nie jednemu mężczyźnie zawracał w głowie. Była jak na swój wiek niska i koścista. W obciętych króciutko, odstających na wszystkie strony czarnych włosach, bardziej przypominała chłopaka. 
Gdy nie pracował w lesie, Drwal obserwował swoją ukochaną córkę przesiadującą w ogrodzie przylegającym do małego domu na skraju lasu. Mając chwilę czasu, pielęgnowała ona zasiane przy obielonej ścianie zioła, kwiaty i inne lecznicze rośliny. Wtedy serce mężczyzny rosło w piersi i był spokojny, widząc drobną postać tonącą w gąszczu wonnych roślin. Gdy kończyła prace w ogrodzie, dziewczyna zabierała ze sobą aromat traw. Pachniała prawie jak las przypominając mu o tajemnicach kryjących się za potężnymi konarami drzew. Czasem jej o tym mówił. Śmiała się wtedy, całkowicie nieświadoma, że lepki miąższ przylepia się do opuszek jej palców podczas zbiorów ziół, przenikając skórę, czasem do krwi, unosząc się za jego jedyną córką całymi dniami. Nawet nie zauważyła, że przez ciągłą pracę w ogrodzie i szopie, którą dawno temu przerobiła na suszarnię dla roślin, jej włosy, skóra a także ubrania wchłonęły aromat ukochanych ziół. Nie dostrzegła, że robiąc posiłki, pranie czy z zaskoczenia go przytulając, rozsiewa wokół zapach rumianku, lawendy, albo kminku. Oprócz tego Drwal doskonale zdawał sobie sprawę, że jego córka odziedziczyła po zmarłej żonie oczy. Duże, roziskrzone, okolone długimi rzęsami. O barwie zimowego nieba. Przypominały klejnoty. Dziewczynka miała na imię Gemma*. 
__________
*Gemma- łac. imię oznaczające kamień szlachetny, klejnot (Przyp. Aut.)

***

               Drwal umarł, gdy jego córka miała skończyć dwadzieścia trzy lata. Pozostawił ją bez pieniędzy i rodziny, ofiarowując jedynemu dziecku dom na skraju lasu i żałobne drzewa, pamiętające śmierć jej matki. Gemma nauczyła się wtedy, że nie tylko Zima potrafi zabrać ukochanych.

***
Siedział naprzeciwko paleniska patrząc, jak ogień pożera żarłocznie podkładane przez niego drewno. Płomień stawał się coraz silniejszy tak, że zaczynał szczypać go w oczy i podsuwane blisko palce. Odsunął się tylko trochę tak, by wciąż czuć ciepło, które powodowało z czasem przyjemne mrowienie. Siedząc w tej małej kuchni tuż przy kaflowym piecu Gabriel był spokojny.
Spokój był rzeczą, którą zauważył niedawno. Ale nie był nowy. Wygładzał jego rysy i wyciszał słowa, pozbawiając ich gniewu już jakiś czas temu. Dziwne napięcie i wszechogarniająca złość koncentrująca się na Gemmie wypaliła się, pozostawiając ciszę taką jak ta przed burzą: wszechogarniającą, narastającą, przeszywającą niemal tak samo jak błyskawice, gdy tylko ją widział. Nie zauważył tej zmiany tak samo jak ponownego nadejścia Zimy. Minął już rok, odkąd pozbawiono go ciała i powierzono jego opiece dziewczynę.
Od roku mieszkał w domu córki Drwala. Nie z własnej woli.  Gabriel pamiętał wciąż wyraźnie, jakie życie prowadził przed swoim wyjazdem. Opierając się wygodniej w starym i zapadającym się materacu fotela pamiętał również, jak nienawidził tego domu, gdy zmuszono go, by tu został. Westchnął cicho uśmiechając się lekko, jak nigdy, przyglądając oknom przysłoniętym przez kwiatowe zasłony, z których słońce od wielu lat wysysało kolor. Przysłaniały mu widok lasu, w którym kryły się tajemnice, w które kiedyś nie wierzył, a których wciąż nie rozumiał. Na szybach stał mróz, a wokół domu zaspy śniegu, co sprawiało, że Gemmę odwiedzano tylko w razie pilnych wypadków, co mu bardzo odpowiadało. Zima tego roku była bardzo surowa.
***
Był jedynym synem najbogatszej rodziny we wsi. Jego ojciec posiadał wielką fabrykę w mieście na Północy. Oczekiwano, że Gabriel z biegiem lat ją przejmie, kontynuując rodzinną tradycje. Jednak on chciał zostać lekarzem. Dawał to jasno do zrozumienia lekceważąc polecenia ojca i wszelkie starania mające przygotować go do przejęcia wielkiej firmy.
Był uparty. Był także perfekcjonistą. Choć z pozoru niewidocznie, Gabriel wykonywał swoje zadania z największą starannością. Osiągniecie szczytu możliwości dawało w pewien sposób poczucie wolności. Pragnął go ponad wszystko, zazdroszcząc ptakom, które przesiadywały często w rodzinnym sadzie. Obserwował zachłannie, jak wzbijały się nad ołowiane niebo i leciały. Nigdy nie dowiedział się dokąd. Marząc o wolności szukał jej w czasie ciężkich treningów, nauce, albo samotnych spacerach. Wtedy spoglądał na horyzont swoimi nieufnymi, miodowymi oczami. Marszczył jedynie brwi i szedł dalej. Świadomy, że to jedna z kolejnych granic, obiecywał sobie, że będzie w stanie wzbić się ponad nią.
W życiu Gabriela pojawiło się wiele kobiet. Nigdy na dłużej, zmieniały się bowiem jak barwy pór roku. Jego status społeczny, dostatnie życie, a także piękne ciało było wystarczającą zachętą do prób rozkochania go. On doskonale zdawał sobie z tego sprawę, wiec gdy któraś z kobiet starała się go uwieść, podejmował grę, w charakterystyczny dla niego, chłodny sposób. Ostatnie lato jego poprzedniego życia przyniosło Gabrielowi sporo burzowych dni, kilka dobrych książek o anatomii, a także wiele okazji do romansów. Uśmiechał się więc kpiąco, co kobiety za każdym razem odczytywały jako gest pełen flirtu. W gruncie rzeczy nie przeszkadzało mu, że ich ciała mają zawsze taką samą fakturę. Lekceważył fakt, że podczas pospiesznych i namiętnych pocałunków jest w stanie wyczuć duszącą zaborczość, której żadna z nich nie była w stanie ukryć, a która w dziwny sposób miesza się z kwaśnym potem i słodkim sokiem rozgniecionych traw pod splecionymi ciałami. Po wszystkim kończył znajomość stanowczo, bez możliwości negocjacji. Potrafił stłamsić chłodnym spojrzeniem i niewzruszoną postawą, próby zbliżenia się do niego. Wszystkie te znajomości były przewidywalne, nie wymagały od Gabriela zaangażowania. Mógł równie dobrze zamknąć oczy i działać automatycznie pozwalając, by każda ze spotkanych kobiet wchodziła w role, jaką sobie wybrała.
Inaczej rzecz się miała, gdy skazano go na życie na skraju lasu. Minęły miesiące, nim zauważył, że Gemma nie chce go uwieść, nie uśmiecha się prowokacyjnie i nie dotyka go za każdym razem, gdy tylko nadarzy się okazja. Wręcz przeciwnie: unikała jego towarzystwa, ciała, a zwłaszcza spojrzenia. Zupełnie jakby dzieliła ich niewidzialna granica, nie do przejścia. 
Gabriel doskonale zdawał sobie sprawę, że to jego wina. W obielonych na jasno kątach małej kuchni wciąż czaiły się wspomnienia pierwszej nocy, jaką spędził w tym domu. Noc ciemna jak nigdy wcześniej, przeszywające zimno i śnieg, który sprawiał, że wszystko wyglądało podobnie. Wtedy nawet granica między realizmem a baśnią się rozmyła, miejscowe zabobony nabrały rzeczywistych kształtów, a klątwy zaczęły się spełniać. Obarczył za to wszystko właśnie ją. Przez naprawdę długi czas obwiniał Gemmę za to, że wtedy jakaś jego część umarła. 
Znał Gemmę od dawna. Ucząc się samemu botaniki starał się wyhodować rośliny lecznicze i zioła. Nie miał jednak do tego ręki, każda z nich usychała lub zostawała zjedzona przez szkodniki. Po kilku próbach zaczęło go to frustrować. Dowiedział się od aptekarza, że na skraju lasu jest dziewczyna, która mogłaby mu sprzedawać rośliny, jakich mu potrzeba i tak też robił. Z czasem doszły do niego także plotki szeptane podczas niedzielnych spotkań. Niektórzy mówili o śmierci jej ojca w czasie ostatniej równonocy. Została sama, osierocona przez oboje rodziców i bez krewnych, majątku, urody czy znajomości, pozbawiona szans na znalezienie męża. Gabriel słuchał mimowolnie, jak niektórzy pomagali dziewczynie przez wzgląd na pamięć ojca. Nikt jednak się z nią nie przyjaźnił, omijano ostentacyjnie dom na skraju lasu, wokół którego rosły cisy i wierzby płaczące. Czasem mówiono, że znajomość z nią może przynieść nieszczęście. Mieszkańcy pamiętali bowiem dzień narodzin Gemmy. Zaczęto szeptać wśród cichych śmiechów i świstów wiatru, że córka Drwala została naznaczona przez Zimę i ta kiedyś się o nią upomni.  
***
Gemmy nie było w domu. Wychodząc powiedziała mu, że chce sprawdzić, jak syn najbliższych sąsiadów znosi chorobę i zmienić opatrunki. Stojąc przy drzwiach zakładała znoszony, brązowy płaszcz, a szyję otaczała białym szalikiem. Gabriel patrzył, jak jej czarne włosy odcinają się od wełny prawie tak samo jak pióra rannego kruka, którego kiedyś znalazła w lesie, na śniegu. Uśmiechała się leciutko, a na niemal nienaturalnie bladej twarzy widać było rumieńce, zupełnie jakby mróz już szczypał jej policzki. Gabriel bardzo lubił ten uśmiech zawsze tak samo zagadkowy.
-Wracaj szybko- powiedział cicho.- Będzie na ciebie czekać herbata.
Dziewczyna skinęła głową zapewniając, że się postara i zniknęła za skrzypiącymi ze starości i zimna drzwiami. Od tego czasu minęła godzina. On zdążył wypić już swoją gorzką parzonkę, a kubek przeznaczony dla niej czekał cierpliwie, powoli stygnąc.
Nigdy nie traktował tak źle nikogo, jak ją. Wiedział to doskonale teraz i wtedy, ale to niczego nie zmieniało. W tej chwili świadomość jego zachowania przynosiła  Gabrielowi niemy, uparcie świdrujący go wzrokiem wstyd.W czasie pierwszych miesięcy pobytu w tym domu palący gniew, bezapelacyjne milczenie i wściekły wzrok chłodnych, o miodowym odcieniu oczu był dla niego ucieczką od żalu i tęsknoty za porzuconym życiem. Jedynym ratunkiem, by nie oszaleć, było gardzenie Gemmą, tym miejscem i cichą klątwą wiszącą nad nimi. Obwiniał dziewczynę, bo zaczął wierzyć w zabobony przekazywane między domami w cichym trzasku palonego ognia. Przepowiednia, że Gemma została naznaczona przez Zimę, jawiła mu się wtedy niemal tak samo jaskrawo, jak szkarłat płomieni w palenisku. Działały one tak samo jak na rozjuszonego byka, prowokowały, szczypały, drażniły niczym pasożyty pod skórą, które siłą chce się wydrzeć. Być może pierwszy raz w życiu czuł się pokonany i przyparty do muru. Wyrzuty sumienia, które teraz się pojawiają, gdy tylko sobie o tym przypomni, szepczą, że rozwiązań i dróg ucieczki było wiele, by poczuć ulgę i spokój. Gabriel wybrał najprostszą i najgorszą z nich.  
Dzień się kończył. Przez oszronione okna wpadało zimne światło mijającego dnia. Dzisiaj na niebie nie było wcale słońca, ciężkie ołowiane chmury sunęły nieprzerwanie po całej powierzchni nieba. Gabriel podszedł do wąskiej szafki w pokoju Gemmy, gdzie stał mały dorobek książek. Sięgnął po jedną z nich i wracając do fotela tuż przy piecu otworzył ją bez przekonania.
Powodem, dla którego nienawidził tak bardzo tego nowego życia, było ciało, które ofiarowała mu Zima. Czuł się poniżony i nienawidził chwil, gdy musiał je przybierać. Działo się to za każdym razem, gdy w pobliżu znajdowali się ludzie. Wtedy jego kości z trzaskiem zmieniały formę i kształt, kręgosłup mimowolnie wyginał się w łuk, mięśnie napinały się buntowniczo i nagle traciły całą siłę i dynamiczność, stając się posłuszne rzuconemu czarowi. Wzrok się wyostrzał, zwiększał się zakres i ostrość przedmiotów obserwowanych nawet w słabym świetle. Słyszał wyraźniej, był w stanie wyczuć w powietrzu, dotąd nieuchwytną, specyficzną mieszaninę ziół i suszonych traw. Aż do teraz zachwycały go drobinki kurzu wzbijające się w powietrze, wirujące chaotycznie, jakby desperacko w strugach światła. Dzięki nowej formie doświadczał więcej.  Pomimo tego wciąż nienawidził małego, obrośniętego gęstym czarnym futrem ciała i umysłu, w którym dominował instynkt skupiony na zaspokojeniu głodu, reagujący na najmniejszy ruch. Jedyną osobą, przy której nie zmieniał się w kota była Gemma.
Być może dlatego to na niej Gabriel skupił całą swoją złość i frustrację.
***
W nocy, gdy opuścił dom, jadąc do jednego z miast na Północy, by studiować pod okiem wuja, wpadł w poślizg na drodze w środku lasu. Matka prosiła go, by wyruszył następnego dnia, przeczekał noc w rodzinnym domu. Pamiętał, jak wiatr szarpał ogołocone gałęzie drzew pobliskiego sadu, a śnieg wirował tuż nad zimną ziemią. Uparł się jechać nocą. Nie mógł się doczekać nowego życia. Z niecierpliwością pakował się i jechał do wuja, który miał mu przekazać całą swoją medyczną wiedzę. Opuszczając rodzinny dom czuł, jak sznurki oczekiwań i natarczywych namów rodziców, przyczepione pod żebra niemal jak marionetce, powoli pękają, luzują węzły zaplątane dawno temu. Jadąc leśną drogą tej mroźnej i kłopotliwej nocy pochłonęły go dźwięki pracującego silnika, przeszywające świsty zimowego wiatru i swędzenie w klatce piersiowej. To swędzenie było dla niego znakiem, że coś się zmienia i być może tej nocy wyrosną mu skrzydła, których tak zazdrościł ptakom. Wiedział, że to jego szansa, by w końcu być wolnym.
Na drodze stał pies o białym futrze. Nawet teraz Gabriel pamięta jego bursztynowe ślepia przeszywające go na wskroś. Gabriel zahamował gwałtownie z piskiem opon. Nie był w stanie zapanować nad kierownicą. Wirował po śliskiej drodze. Dachował. Samochód uderzył w jedno z drzew rosnących przy drodze. Wyleciał przez przednią szybę. Uderzył głową o wystający w śniegu kamień.
Nie mógł się ruszać, a od ciszy bolały go uszy. Patrzył więc w górę tam, gdzie kończyły się korony drzew, a z ciemnego, nocnego nieba sypał się drobny śnieg. Spadał powoli wirując tuż nad jego włosami i nosem. Wysoko wisiał sierp księżyca. Nie czuł nic,nawet zimna, patrzył wiec uparcie w niebo, które było nieosiągalne tak samo jak wszystko inne.
Poczuł, że coś go trąca w ramię. Jeszcze raz. Kolejny. Powoli odwrócił głowę w tamtą stronę niechętnie, marszcząc brwi w wyrazie irytacji. Znowu napotkał spojrzenie bursztynowych oczu. Przed nim znowu stał ten biały pies, który wciąż nie chciał dać mu spokoju. Trącał go nosem raz po raz, a jego gorący i dziwnie bezwonny oddech owiewał Gabrielowi szyje i policzek. Wtedy mężczyzna zdał sobie sprawę, że to nie pies, a biały lis. Słyszał o nich czasem od miejscowych myśliwych, którzy potrafili poruszać się po lesie otaczającym wioskę. Niektórzy mieszkańcy nie wierzyli w ich istnienie, bo nigdy żadnego nie upolowano. Myśliwi mówili, że żaden z nich nie odważy się tego zrobić. Wierzono, że za białymi lisami czasem szła śmierć.
Gabriel pamiętał, że ten lis miał bardzo mądre spojrzenie. Pamiętał też, jak najpierw zdrętwiały mu nogi, a potem nie czuł palców u rąk. Nie wiedział, czemu się wtedy nie przejął. Zupełnie tak, jakby nie rozpoznał, że właśnie umiera. Wtedy spoglądał zaciekawiony, jak futro zwierzęcia lśni, jak śnieg tonie w jego warstwach. Wówczas lis musnął jego policzek zimnym nosem. 
Nigdy nie wierzył w baśnie i legendy miejscowych ludzi. Wyrósł z nich szybciej niż pozostali. Dla Gabriela przesilenie i równonoc były tylko naukowym aspektem, pozbawionym magii. Tyle, że ludzie w wiosce wierzyli, że pory roku mają duszę daną przez Boga i trzeba mu dziękować za pomyślność i zbiory. Nigdy nie dziękowano Zimie, sama szukała sobie zapłaty raz na kilka lat. Gabriel nigdy nie powiedział głośno, że tak naprawdę ludzie umierający w najzimniejszą noc w roku giną przez zaniedbanie czy wypadki. Prawdę zostawił dla siebie słuchając z tłumioną pogardą kolejnych zabobonów.
Oddychał wtedy coraz wolniej. Przymknął na moment oczy. Otworzył je, gdy znowu szturchnięto go w ramię. Świadomość, że umiera sączyła się zbyt powoli, by mógł zwrócić na to uwagę. Jedyne, co wtedy wiedział to to, że ciepło ucieka z jego ciała, sączy się gdzieś z tyłu głowy, spływa zbyt szybko po policzku, który powinien być ciepły...
Obok Gabriela nie było już śnieżnobiałego lisa. Jego ramię dotykała kobieca dłoń osłonięta białą rękawiczką.Patrzył z uwagą, mrużąc groźnie oczy pomimo chłodu, który coraz bardziej rozprzestrzeniał się po jego ciele, na kobietę pochylającą się nad jego umierającym ciałem. Nie widział jej twarzy, zasłoniła ją welonem opadającym aż do ziemi. Gabriel pamiętał, że wtedy szok po wypadku ustąpił i ogarnął go starach. Las zamarł, nie świszczał wiatr, nie trzaskały gałęzie, a jego gwałtowny oddech brzmiał jak uderzenia kamieni. Nie zdołał się odsunąć, nie miał siły, ciepło uciekło z ciała brocząc czerwienią śnieg tuż u stóp klęczącej obok niego kobiety. Nie miał odwagi nazwać jej prawdziwym imieniem, czekał więc, aż podniesie welon i zabierze swój okup. Zima jednak starła palcem obleczonym w rękawiczkę stróżkę krwi, która uciekła mu z ust.
- Mam przybraną córkę- powiedziała głosem dźwięcznym i czystym, aż umierające serce zadrżało mu w piersi. – Nikt się nią nie opiekuje.
Gabriel widział niewyraźny kształt czerwonych ust ukrytych pod welonem. Poruszały się wolno, ociężale, jakby w ten sposób chciały go zahipnotyzować. Niepotrzebnie przemknęło mu wtedy przez myśl, gdy jej dłoń spoczywała niebezpiecznie blisko serca. Nie  mógł zlekceważyć śmierci.
- Mogłabym ją zabrać do siebie, ale zamiast tego dam jej ciebie- dodała, wciąż pieszcząc go po chłodnym już policzku.
Przechyliła lekko głowę, jakby się zastanawiając. Miał coraz cięższe powieki. Do tej pory pamiętał, jak oddech stawał się coraz płytszy, a ciało odległe. Przypominało mu wtedy ptaki, które zawsze rozpływały się na ołowianym niebie.
- Nikt nie może tobą rządzić, prawda Gabrielu?- Jej cichy szept brzmiał niemal jak szelest wiatru w ciemnej nocy.- Zawsze miałeś własne ścieżki i tajemnice, racja?
Zima nachyliła się tuż nad nim, a on poczuł przeszywający chłód i płatki śniegu na twarzy.
-Nawet oczy masz kocie... – westchnęła przeciągle, a jego serce biło coraz wolniej, gdy brakowało w ciele krwi.- Będziesz wiec żył jako kot, odpowiada ci to?
Nie mógł odpowiedzieć. Doskonale to wiedziała. Mówiła coś jeszcze, jednak ostatnią rzeczą, jaka do niego dotarła, gdy leżał w śniegu nasiąkniętym jego krwią i ciepłem, było imię Gemmy.
***
Herbata, którą zaparzył dziewczynie, już wystygła. Ze zmarszczonymi brwiami patrzył na wnętrze małej kuchni, której coraz mniej było dziennego światła. Wizyta Gemmy u chorego się przedłużała. Niepokoiło go to. Noc mogła być dla niej niebezpieczna. Wstał sięgając po płaszcz wiszący tuż przy drzwiach. Postanowił wyjść jej na spotkanie.
Nie mógł uciec z tego miejsca. Sprawdzał to wielokrotnie. Zawsze jakaś niewidzialna siła zapętlała jego drogi tak, że wracał do domu na skraju lasu. Przesiadywał więc w swoim więzieniu milczący, niedostępny, manifestujący czym tylko mógł swoją wzgardę i złość. Gemma nie rozumiała tego, co się działo. Od zaskoczenia, jakie okazała otwierając mu mroźnej nocy drzwi, po szok utrzymujący się jakiś czas słuchając jego opowieści. Długo przepraszała. Chciała to jakoś odkręcić, pójść błagać nawet samego Boga, by on mógł być znowu sobą. Tyle, że oboje wiedzieli, że to nic nie da. Pragnęła mu to z początku wynagrodzić, sprawić, by ten dom był mu choć odrobinę bliski. Denerwowało to Gabriela tak bardzo, że w końcu przestała. Najwyraźniej dostrzegła jego chłodne spojrzenie kierowane na Gemmę za każdym razem, gdy ta robiła dla niego cokolwiek. Po raz pierwszy pragnął granic tak, by mógł myśleć, że nic się nie stało. Udawać, że ona nie istnieje. Wtedy Gabriel naprawdę wolał się okłamywać. Dziewczyna szybko to zrozumiała. Unikała go jak tylko mogła, schodziła z drogi we własnym domu. Znikała o wschodzie słońca, a w ciągu dnia mijali się tylko kilka razy. Widział, jak wracała z cieniem uśmiechu na jasnej buzi po zmroku. Jedyne, czego nie przestała dla niego robić, to posiłki.
Zabijał czas ucząc się. Bez względu na beznadziejność sytuacji, w jakiej się znalazł, wciąż łudził się, że czar kiedyś pryśnie. Wtedy bedzie mógł w końcu wyjechać. Dlatego czytał opasłe tomiszcza pełne wiedzy z zakresu botaniki, anatomii i fizjologii. Siedząc w zaciszu zacienionej kuchni czytał to, co jego rodzice dali Gemmie, kiedy poproszona pewnego dnia poszła do jego rodzinnego domu. Myśleli, że Gabriel nie żyje. Wszyscy tak myśleli. Znaleziono rozbity samochód a niedaleko śnieg poryty posoką. Ciało miało być zjedzone przez dzikie zwierzęta. Nikogo nie wyprowadzili z błędu.
Pomimo niechęci i gniewu, Gabriela ciekawiło coraz bardziej, co dziewczyna robi całymi dniami poza domem. Irytowała go tym, że tak łatwo poddała się jego wściekłości. Doprowadzała do szału ciszą, z jaką cierpliwie znosiła jego wzgardę. Przejął jej dom, a Gemma zdawała się to akceptować, zupełnie jakby jego roszczenia były uzasadnione. Nieświadomie dolewała tym oliwy do ognia. Zgodził się więc grać w jej grę: to dziewczyna za dnia była intruzem w jego więzieniu, któremu rzucał zirytowane spojrzenie znad książki, gdy tylko dostrzegł czarne włosy otaczające bladą twarz. Wtedy zawsze śledził wątłą sylwetkę dziewczyny spod zmarszczonych brwi, obserwował pośpieszne kroki drobnych stóp i szczupłe palce przesuwające się po półkach. Gdy zrozumiał, że to Gemma, a nie on, traktuje go w domu jak powietrze, poczuł złość, przez którą zaciskał zęby. Poszedł więc za nią przez dopiero co skoszoną letnią trawę przed domem. Zniknęła w szopie, która stała tuż obok wierzb płaczących i cisów. Wtedy Gabriel odkrył pasje Gemmy do nauki. W starej szopie zrobiła sobie miejsce do suszenia roślin, które zwisały tuż nad sufitem przyczepione do belek. Przy ścianach prowizoryczne stoły, a na nich rozłożone świeże zioła, książki, zeszyty i przybory do pisania. Gabriel pamiętał, że oparł się wtedy o futrynę drzwi i patrzył, jak dziewczyna zasiada przy jednym z nich, a jej szczupłe plecy wyginają się w łuk, gdy na nowo skupia uwagę na pracy. Spodobało mu się tam.
Od tego momentu więcej czasu spędzał na zewnątrz z książką, milcząco obserwując Gemmę.  Zauważyła to od razu, witając go tym swoim uśmiechem, jednocześnie ciepłym jak i tajemniczym. Tak spędzili niemal całą wiosnę i część lata. On ze swoimi książkami, ona pośród roślin. Szybko zauważył, że dziewczyna pracuje z wielkim oddaniem. W zielnikach leżących wokół, widział prowadzone starannie wpisy, prawidłowo opisane i skatalogowane trawy i kwiaty. Węgiel, którym Gemma szkicowała ważniejsze elementy, zostawiał czasem na jej bladych policzkach smugi, których kolor był tak samo intensywny, jak włosów dziewczyny.
Umiała też leczyć. Jej medycyna była prosta, uczyła się od starych kobiet-akuszerek i czasem od aptekarza. Jednak to wystarczyło, by ludzie przychodzili prosić ją o pomoc. Pamiętał, jak w czasie którejś z letnich burz, gdy oboje czytali przy kaflowym piecu, wokół rozszedł się łomot przy drzwiach. Gabriel natychmiast zmienił formę, jego ciało z ludzkiego przeobraziło się w kocie, niemal błyskawicznie tak, że trzask tak przy tym charakterystyczny, zmieszał się z tym w palenisku. Przyniesiono wtedy do Gemmy młodego chłopaka, którego w lesie przygniotło drzewo. W domu Drwala roiło się wtedy od przemoczonych męskich ciał i mocnych głosów proszących o pomoc. Dziewczyna od razu wzięła się do pracy. Gabriel słyszał wyraźnie, dzięki doskonałym uszom, stanowczość w jej glosie, gdy żądała spokoju i kazała się odsunąć. Kocimi oczami śledził precyzyjne ruchy nad zmiażdżoną nogą, patrzył z uwagą jak jej palce, przypominające wtedy ostrza wyrzeźbionych z kości słoniowej noży do otwierania listów, badają mięśnie, tkankę i skórę. To była długa noc. Dziewczyna pozbyła się drwali zapewniając, że zaopiekuje się Tomaszem i by przyszli rano. Doskonale wiedziała, że Gabriel nienawidzi, gdy w jego więzieniu znajduje się ktokolwiek, przez kogo musiał być czarnym kotem. Rannego Tomasza musiał znieść, reszta była zbyteczna. Gemma czuwała nad pogrążonym w śnie chłopakiem całą noc, zbijając gorączkę, podając leki i robiąc okłady. 
Był pod wrażeniem.
Gdy tuz przed świtem Gemma usnęła na łóżku przy pacjencie, wskoczył na pościel przysiadając na kocich łapach tuż obok śpiącej dziewczyny. Dostrzegał wtedy kocimi oczami spokojną i drobną twarz, a wokół niej włosy proste i czarne jak węgiel. Drobne, czerwone usta rozchylone lekko wydychały z cichym szmerem powietrze. Wtedy po raz pierwszy, dzięki kociemu węchowi, Gabriel wyczuł specyficzny zapach ziół, którym przesyconym była cała Gemma. Zapamiętywał woń tymianku, bazylii i mokrej ziemi, którymi pachniała jej sukienka, skóra dłoni wchłonęła aromat chabrów i mięty, a we włosach krył się zapach czarnego bzu. Długo później, gdy uczyli się razem i spędzali czas w szopie Gemmy, będąc blisko dziewczyny zdał sobie sprawę, że mimowolnie szuka zapachów, jakimi przesycona była dziewczyna.
***
Znał skróty, z których często korzystała. Prowadziły przez las wzdłuż jeziora, które latem przyciągało dzikie ptaki i dzieci, a zimą skute lodem świeciło pustkami. Idąc pomiędzy potężnymi konarami przykrytymi przez śnieg marszczył brwi, rozglądając się wokół. Drażniła go lekkomyślność Gemmy. Brakowało jej odpowiedniego zmysłu, dzięki któremu potrafiłaby ocenić niebezpieczeństwo i uciec. Jej drobne i szczupłe ciało tylko w taki sposób mogło ratować się przed zagrożeniem. Ale nie, o wiele lepiej i szlachetniej było brnąć w irracjonalne sytuacje, które jak zauważył, zdarzały jej się coraz częściej. Gdy na początku lata wróciła do domu, niosła ze sobą zakupy i kruka, któremu skrzydło sterczało pod dziwnym kątem. Potem dopiero dostrzegł ślady zadrapań, obdarte kolana i jej zadowolenie, kiedy mówiła mu, że uwolniła go z jednej z pułapek zastawionych w lesie.
-Te zioła wyżarły ci mózg, wiesz?- mówił jej do ucha niskim, przesyconym gniewem głosem, gdy Gemma nic sobie nie robiąc z jego spojrzenia ciskającego błyskawice zajęła się opatrywaniem skrzeczącego w wniebogłosy ptaszyska.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że dziewczyna, choć nieświadomie, sama prosi się o kłopoty. Szczerze dziwił się, jak udało jej się dożyć dwudziestu czterech lat bez złamań, skręceń czy utraty którejś z części ciała w stopniu trwałym. Być może dlatego szedł teraz przez śnieg skrzący w promieniach mijającego, niezwykle pochmurnego i mroźnego dnia, mrucząc pod nosem ciche przekleństwa. Czuł frustracje i zdenerwowanie kotłujące się pod skórą, mimowolnie zaciskał pięści nie tyle z zimna, co ze złości. Nie wiedział, czemu nieobecność dziewczyny aż tak szarga mu nerwy. Nie zauważył, kiedy niechęć i gniew zamieniły się w akceptacje, niecierpliwość pochłonął spokój, a uczucie rezygnacji zastąpiła ciekawość. Czuł ją za każdym razem, gdy pracował z Gemmą, obserwował jej pośpieszne i niezwykle staranne ruchy, gdy spróbował zgadnąć, co tym razem próbuje przed nim ukryć. Bo robiła to często: od nieudanych doświadczeń, do nowych zwierząt, które znalezione w lesie, sprowadzała do szopy i opatrywała. Tym ostatnim umiejętnie podnosiła mu ciśnienie, gdy był zmuszony wypominać jej tonem chłodnym jak stal, że te zwierzęta są dzikie, zdolne ją zabić! Zmuszał ją tym do obrony. Wielokrotnie starał się stłumić cień uśmiechu, jaki wypływał mu na usta, gdy tylko przypominał sobie Gemmę przypartą do muru: nagle stanowczą, upartą, z głosem lekko zachrypłym od nadmiaru emocji. Nawet teraz, przemierzając las w poszukiwaniu dziewczyny czuł, że się uśmiecha za szalikiem przyciśniętym do policzków.
Wokół było cicho, żaden podmuch wiatru nie poruszał koronami drzew, a nad głową Gabriela nie było śladu słońca, ukrytego cały dzień pod warstwą ołowianych chmur. Jak jej oczy... przemknęło mu przez myśl, gdy widział mroźny błękit wyłaniający się spod ciemnych chmur. Przyśpieszył kroku dostrzegając małe ślady butów w śniegu.
Pokryta lodem tafla jeziora wyłoniła się spomiędzy niskich choinek i pni, a Gabriel z uwagą patrzył dookoła, by dostrzec znajomą sylwetkę. Było naprawdę zimno, mróz szczypał go w nieodsłoniętą skórę, a mrok gęstniał, popędzając go. Kątem oka dostrzegł sierp księżyca, który na chwilę miał wyłonić się spomiędzy koron drzew.
Nagle się zatrzymał. Zamarł na kilka sekund wpatrzony w postać na skraju jeziora. Poczuł niewyobrażalne zimno sięgające serca, przeszywające je na skroś tak, że nie mógł nabrać powietrza. Ruszył biegiem w tamtym kierunku podświadomie czując, że dzięki temu będzie mógł znowu oddychać. Upadł z hukiem na twardym lodzie nie myśląc o tym, że zaraz sam może wpaść do lodowatej wody.
Gemma uśmiechnęła się do niego przepraszająco, starając się po raz kolejny wydostać spomiędzy pękniętego lodu . Było to w tamtym momencie tak niedorzeczne, że zaklął siarczyście pytając przy tym, co się stało. Nie oczekiwał jednak odpowiedzi. Widział oczami, które dzięki klątwie dostrzegały o wiele więcej, dziewczynę zanurzoną do pasa w lodowato zimnej wodzie, starającej się wydostać dzięki poszarpanej tafli lodu. Tylko ona utrzymywała Gemmę na powierzchni. Zawsze blade policzki przybrały trupio-biały kolor, z ust uciekła czerwień i widział, jak drgały konwulsyjnie z zimna. Obok wyrwy w lodzie leżał lis, którego rude futro było przemoczone nabierając brunatnej barwy. Wyglądał, jakby lód chciał go wchłonąć, drobny śnieg mieszał się z sierścią nasiąkniętą zimną wodą. Tylko z pyska unosiła się ledwo widoczna smuga pary. Jakby zastanawiał się, czy jeszcze żyć. Gabriel nachylił się nad tonącą dziewczyną. Chwycił ją od razu pod pachy sprawdzając w końcu, czy lód nie załamie się i pod nim. Ale nic na to nie wskazywało, Poderwał więc z całych sił ciało Gemmy do góry, warzące tonę przez nasiąknięty wodą płaszcz.
Dygotała. Niemal natychmiast wtuliła się w jego ramiona szukając ciepła. Chwycił Gemmę i zaczął biec, a potem iść. Mokra postać dziewczyny ciążyła mu strasznie, ale wiedział, że musi jak najszybciej dostać się do domu. Przygryzł wiec wargę, zaklął znowu cicho i kierował się jak najszybciej przez udeptaną wcześniej ścieżkę. Szedł pochylony, cały czas mówiąc Gemmie do ucha, że musi mu pomagać iść. Powtarzał, że musi iść, że w domu czeka na nich gorąca herbata z sokiem z czarnego bzu, który tak lubiła. Mówił o ogniu, którego pilnował popołudniu, o ciepłym i miękkim ubraniu, które założy, gdy tylko tam dojdą. Szeptał natarczywie o książkach, które czekają na nich na półce... Mówił wszystko, sapiąc jej nad głową, nie dopuszczając myśli, że nie zdąży jej zaprowadzić do środka i zamarznie. Dziewczynie szybko zabrakło sił. 
W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że Gemma nie idzie, a on ciągnie jej zmęczone ciało. Przystanął. Chwycił w swoje szorstkie dłonie twarz, która nie wiadomo kiedy stała mu się bliska.Wbił palce w zimne policzki, którym brakowało koloru zupełnie tak, jakby lodowato zimna woda z jeziora wyssała z nich wszelką witalność. Chciał tym gestem zwrócić jej uwagę, sprawić, by Gemma przestała się trząść, zaczęła go w końcu słuchać, a także by spojrzała na niego jak zawsze: cierpliwie, wyczekująco, z ciekawością zimnych, niebieskich oczu. Zmarzniętymi opuszkami wyczuł jedynie wystające kości policzkowe, a jego ponaglenia wypowiadane natarczywie ginęły w trzaskach gałęzi tuż nad ich głowami. Jedyne, co wtedy widział Gabriel, to przyklejone do powiek mokre kosmyki włosów czarnych jak węgiel.
- Już niedaleko- wyszeptał niemal całując jej czoło.
Nigdy tak się nie śpieszył jak wtedy, gdy niósł na plecach przemoczone ciało dziewczyny, do domu na skraju lasu.  Nie pojmował, po co Gemma chciała wyciągnąć tonącego w jeziorze lisa, dlaczego brakowało mu sił, by donieść ją do ciepłego domu, a także jak to się stało, że droga tak się dłuży. Nie wiedział, po co uratowano go przed śmiercią ponad rok temu oraz dano ciało kota i córkę Drwala pod opiekę, która teraz umiera. Nie pojmował, kiedy zaczęło mu zależeć na jej bezpieczeństwie. Dzięki kocim oczom, podarowanym przez Zimę, dostrzegał smugę szarego dymu na wieczornym niebie. Przyspieszył kroku. Całą drogę w uszach rozbrzmiewał mu cichutki oddech Gemmy i jej niezrozumiale mamrotanie, będące oznaką, że jeszcze nie jest za późno. 
Wpadł do domu z głośnym westchnieniem ulgi i zmęczenia, a za nim przez próg wkradł się śnieg i mróz. Zatrzasnął drzwi dźwigając dziewczynę na fotel koło kaflowego pieca, rozglądając się gorączkowo za czymkolwiek, co dostarczy więcej ciepła. Nim Gemma usiadła przy piecu, zdjął z niej przemoknięty i ciężki płaszcz upuszczając tak, że z tępym odgłosem upadł u ich stóp. Sukienkę i sweter też miała mokre, przylegały do jej delikatnego ciała, jakby woda chciała rozmyć jej kształty i rozpuścić kości. Gdy rozpinał guziki sukienki w kwiatki po raz pierwszy spojrzała na niego dość trzeźwo. Włosy przylegały do zbyt bladej twarzy, usta drżały trochę mniej, a oczy, przypominające niebo w jedną z najzimniejszych nocy w roku, patrzyły na niego z uporem i stanowczością.
- C-co r-robis-sz?- powiedziała głosem lekko ochrypłym,pełnym emocji, który tak lubił, jednocześnie zaciskając drżące konwulsyjnie i zimne palce na jego dłoniach zdejmujących mokrą sukienkę. Wtedy jak nigdy wcześniej przypominały wyrzeźbione w kości słoniowej ostrza. 
- Ratuję cie przed śmiercią- odparł zirytowany marszcząc gniewnie brwi, gdy Gemma wciąż patrzyła na niego nieugiętym spojrzeniem, zaciskając mocno palce wokół jego nadgarstków. – Uspokój się.
W tamtej chwili miał w nosie jej dumę i godność. Szarpnął za rękawy sukienki, która upadła na ziemie obok przemoczonego płaszcza. Drżące z zimna i złości ciało Gemmy przykuło jego uwagę na kilka sekund. W życiu Gabriela było wiele pięknych kobiet, nigdy jednak nie myślał tak o córce Drwala. Była źródłem problemów, powodem klątwy, a także irytującym duchem, który prowokował go, ciekawił, a któremu pragnął wydrzeć tajemnice. Z czasem stała się towarzyszką, która też chciała jak on wydostać się z narzuconych schematów. Gdy tamtej nocy stała naprzeciw niego wyziębiona i zła, że naruszył granice i bezwstydnie patrzył na jej ciało pomyślał, że Gemma jednak jest piękna.
Kazał jej siąść tuż przy piecu, w którym na nowo wzniecił ogień. Otulił szczupłe ciało czym tylko mógł, zaparzył kilka filiżanek herbaty, przez co wnętrze małej kuchni oprócz mroku zimowej nocy wypełnił aromat czarnego bzu. Zmęczenie, widok wciąż dygoczącej Gemmy i ten zapach skutecznie przytępiał mu zmysły. Patrzył, jak drobne ramiona powoli przestają drżeć, sine palce zaciskające się na filiżance absorbują ciepło wywaru, a oczy o wiele przytomniej patrzą w płomienie pożerające co chwila podkładane drewno. Gemma spoglądała też na niego. Przypatrywała się z uwagą, przygryzając drobną wargę, która już nie drgała. Czuł, jak mu się przygląda, a jak lustruje jego napięte w wyczekiwaniu ramiona i spiętą twarz. Gabriel czuł wtedy satysfakcje, uśmiechał się ledwo zauważalnie. Jej spojrzenie sprawiało mu przyjemność.
Czuwał przy niej całą noc pilnując, by ogień nie zgasł. Słyszał wyraźnie, jak za oknem trzaskają gałęzie skute mrozem, świszczy wiatr, a w głębi lasu pohukuje sowa.
- Po co chciałaś wyciągnąć tego cholernego lisa?- spytał, nim zasnęła na fotelu przy piecu.
Gemma spojrzała na niego zdziwionym i zmęczonym wzrokiem. Starał się ukryć gniew i nie brzmieć oskarżycielsko do czasu, aż bedzie pewny, że nic jej nie jest.
- Bo tonął- odparła zupełnie tak, jakby to było oczywiste.- Sam nie wyszedłby z jeziora.
Gabriel zaklął cicho pod nosem pocierając zmęczone powieki, tłumiąc tym gestem wzbierającą złość. Tamtej nocy naprawdę z wielkim trudem zapanował nad chęcią potrząśnięcia dziewczyną. Westchnął jedynie przeciągle, dając tylko w taki sposób upust gromadzącej się irytacji i gniewowi, obiecując sobie, że następnego dnia przedstawi jej swoje zdanie dość jasno i wyraźnie.
- A ty?-  Cichy i lekko zachrypnięty głos przyjemnie mieszał się z trzaskiem płonącego drewna.
Spojrzał pytająco na otuloną kocami dziewczynę. Za jej plecami na obielonej ścianie tańczyły ich cienie.
- Co ja?
Gemma upiła jeszcze jeden łyk herbaty, a na jej policzkach długie rzęsy kładły cienie jak kocie pazury.
- Nie pomyślałeś- zaczęła powoli przenosząc na niego wzrok-że gdybym umarła, odzyskałbyś dawne życie?- powiedziała, a Gabriel drgnął.- Dzisiaj jest naprawdę zimno na zewnątrz.
Po wielu latach, gdy przypominał sobie tą rozmowę, zastanawiał się, co mógłby jej wtedy odpowiedzieć. Wiele razy myślał, jak mógłby jej wtedy opisać strach, jaki czuł na skraju jeziora, gdy ciemna woda niemal wciągnęła ja pod lód. Próbował wyrazić, jak bardzo chciał ją uratować. Wówczas zabrakło mu czasu, by zgadnąć, skąd pojawiła się nagła determinacja i bezwzględność myśli nie pozwalającej na strate dziewczyny. Po wielu latach echo tych uczuć wciąż go przytłaczało. Wiedział, że jej drobne, kruche życie zbyt wiele znaczyło. Wtedy przestało mu przeszkadzać ciało kota, odizolowanie i rezygnacja z planów. Wolał żyć blisko Gemmy, niż marzyć o skrzydłach.
Tamtego wieczoru długo mierzyli się spojrzeniami. Widział jej zmęczenie i to, że potrzebuje snu, jednak uparcie czekała na jego odpowiedź. Gabriel wstał wtedy ze swojego krzesła przy piecu, bez słowa podszedł do skulonej w fotelu Gemmy popijającej herbatę z sokiem czarnego bzu. Wtedy pochylił się nad nią i kładąc dłoń na jeszcze wilgotnych włosach pocałował w czoło. Odetchnął głęboko czując znowu zapach,  którym zawsze przesycona była Gemma: ziołami, mieszaniną kurzu i suszonych traw. 
***
Dzisiaj już nikt nie wierzy w magię.  Czasem pamięta się o Bogu. Gdy odwiedzam babcię w jej domu czuje, że to ostatnie miejsce, w którym mogę wierzyć w opowiadane przez nią baśnie. Zna ich wiele, często mi je powtarza ochrypłym ze starości głosem. Gdy mówi o tajemnicach czających się w głębi lasu słucham, jak głos trzeszczy jej w gardle niczym ociężały wiatr w koronach drzew. Babcia zna wiele sekretów. Gdy siedzimy i popijamy herbatę pachnącą owocami wydaje mi się, że para unosząca się znad filiżanki drapie jej pomarszczoną twarz, wnika pod skórę, wkrada się między siwe już włosy, jakby też była ciekawa prawdy.
Gdy zostaje na noc w starym domu babci, budzę się przed świtem. Wtedy widzę zgarbioną, drobną postać siedzącą przy oknie. Dosiadam się do niej. Babcia wita mnie uśmiechem trochę nieobecnym, ale wciąż ciepłym. Gdy pod koniec jesieni pola za oknem pokrywa mróz, wspina się na sięgające pasa łodygi martwych roślin, a mgła czai się między brzozami, babcia opowiada mi o Gemmie i Gabrielu.
Nikt już nie wierzy w magię. W czasie równonocy i przesilenia nie wypuszcza się już zwierząt, nie pali ognisk, nie puszcza latawców. W lasach od dawna nie widziano białych lisów. Babcia mówi, że wyginęły jakiś czas temu. Widzę, jak jej drobne, pomarszczone dłonie lekko drżą leżąc na kolanach, spoczywając na starej sukience w kwiatki. Opowiadając mi historie, które pamięta, patrzy, jak szron lśni pokrywając ostatnie kwiaty, liście i trawy. Robię to samo, słuchając trzeszczenia starej podłogi, budzącego się dnia i jej głosu, który brzmi tak spokojnie. Mgła czai się tuż przy oknie, zupełnie jakby też chciała posłuchać.
Babcia nigdy nie powiedziała, co było potem. Uśmiechała się tylko tajemniczo, głaskała mnie szorstką, spracowaną dłonią po policzku mówiąc, że to nieistotne. W jej niebieskich oczach powoli naznaczanych bielmem nie umiałam nic wyczytać. Słuchałam wiec kolejnych opowieści, za każdym razem pijąc herbatę przesyconą innym aromatem. Pasowały do snutych przez nią historii: były cierpkie, słodkie, za każdym razem przynoszące gorycz innego rodzaju, jak owoce, z których je parzyła.
Pamiętam też, że babcia nigdy nie była przesądna.Nie bała się czarnych kotów. Głaskała pieszczotliwie każdego, który pozwolił jej się zbliżyć. Czasem wydawało mi się, że pochylając się nad zwierzęciem patrzy zbyt przenikliwie. Jakby szukała czegoś, za czym tęskniła, w czarnym kocie łaszącym się u jej stóp.   


Dziękuję, M. 



4 komentarze:

  1. Przeczytałam i uważam, że nagroda jest jak najbardziej zasłużona. Bardzo klimatyczny podkład muzyczny jak najbardziej pasuje do opowiadania, które wywarło na mnie duże wrażenie. Oby więcej takich perełek!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki i fajnie wiedzieć, że Ci sie podoba. Samą piosenkę uwielbiam i myślę, że do tego tekstu pasuje jak ulał.

      Usuń
  2. Łał. Mroczne, zimne, ale piękne. Zazwyczaj troszkę irytują mnie "otwarte zakończenia", ale w tym przypadku, tak sobie myślę, że nie byłoby tego idealnego zakończenia. Cieszę się, że mogę sobie dopisać je sama, wykreować kilka scenariuszy, które pasowałyby do tej magicznej historii. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiesz nawet, ile znaczą dla mnie te słowa. Tak naprawde bałam sie kończyć w jakikolwiek sposób to opowiadanie, bo, tak jak to ujęłaś, "nie byłoby idealnego zakończenia", przynajmniej dla mnie.
      Jeszcze raz dziękuje, ze zechciałaś wymyślić własne jego zakończenie :*

      Usuń